Google
   HISTORIA PARAFII 1st
   MSZE ŚWIĘTE 1st
   GALERIA 1st
   OGŁOSZENIA 1st
   KLAUZULA RODO 1st
          polecamy:
 
  Księża
  Sakramenty
  Kancelaria
  Pismo Święte
  Piesza pielgrzymka
  MB Pocieszenia
  Siostra Adelgund
  Wspólnota Szkół Kat.
  Rodzina Kolpinga
  Schola Bazyliszki
  Ogniska Sw. Rodziny
  Księga gości
 
 
  Pielgrzym
  Gość Niedzielny
  Niedziela
  KAI
  Opoka
  Wiara.pl
  Radio Głos










































Aktualności 


Deszczowe morze...

Po raz drugi chojnicka bazylika organizowała wyjazd nad morze dla młodzieży. Wszystko zaczęło się od mszy świętej o godzinie 7 rano...

Ciągle pada...


Poniedziałek. Drugi lipca. Parking na Okrężnej. Mam nadzieję, że pogoda się poprawi - to najczęściej słyszane słowa stojących przed autobusem, mającym zawieźć nas nad morze. Prognozy nie były zbyt optymistyczne - deszcz, deszcz i deszcz. No ale skoro wszystko już umówione to "jechać trzeba". I w ten sposób 49 osób wyruszyło nad Bałtyk do Białogóry. Noclegi znaleźliśmy w domu rekolekcyjnym diecezji pelplińskiej - byłej jednostce wojskowej. Zakwaterowanie i pierwsze wyjście na plażę. Świeci słońce. Pierwsze kąpiele w słonej morskiej wodzie. Na plaży pustki. Nie jest jednak źle- pogoda się poprawia. Powoli pierwszy dzień dobiega końca. Co będzie jutro? Poranek powitał nas deszczem. Ciężkie, nisko wiszące chmury nie zapowiadały niczego dobrego. I niestety cały dzień lało i najgorsze, że tak już miało pozostać do soboty. Brzydka pogoda jednak nikomu nie przeszkodziła, a tygodniowy pobyt nad morzem nie okazał się nieudany. Każdy dzień przynosił nowe niespodzianki i coraz większe kałuże wody.

Chyba zabiję tego księdza...

Dzisiaj wieczorem udamy się na spacer nad morze - z ust księdza padła dość ciekawa propozycja. Gdybyśmy wtedy wiedzieli, co to oznacza, chyba nikt by nie poszedł. Spacer? To była pielgrzymka, survival, marsz przetrwania, najstraszniejsza trasa w naszym życiu. Najgorsze jednak było przed nami: Zabłądziliśmy, wracamy, dalej nie ma już nawet ścieżki. Po dobrej godzinie marszu, w ciemnym lesie. Chyba zabiję tego księdza - jęk rozpaczy wyrwał się z jakiegoś gardła. Dramatycznie poszukiwaliśmy jakiejś drogi, byle tylko dotrzeć na plażę, a wtedy na wschód - do Białogóry. Ponownie prawie godzina marszu i nagle: uratowani!!! morze!!! Warto było zabłądzić: Bałtyk przywitał nas połyskującymi w zachodzącym słońcu falami. Cudowny widok. Nogi bolą wszystkich. Ksiądz się cieszy, że w nocy będziemy spali jak dzieci. Ale za nim pójdziemy spać...

Idziemy na mecz...

Polska gra z USA w mistrzostwach świata U-20 w Kanadzie. Radek z ekipą znaleźli bar, w którym będzie wyświetlany mecz. Bar to około 10 metrów kwadratowych. Stary telewizor. Dość dziwna klientela. My i ksiądz. No i 6:1. Wracamy załamani. (Trochę pocieszył nas mecz z Koreą, ale to i tak wiele nie dało).

Wszyscy mamy źle w głowach...

Przyjdziecie na karaoke? Pewnie, że przyjdziemy - padła odpowiedź na pytanie ks. Gerarda, który prowadził obóz dla dzieci w tej samej jednostce. No to poszliśmy. Początek niemrawy. Każdy się trochę wstydzi. Ale na szczęście jest z nami Brio, który rozkręca całą imprezę. Na koniec śpiewają już wszyscy, łącznie z naszym księdzem. Gdyby organizowano mistrzostwa świata w karaoke, bylibyśmy z pewnością faworytami.

Najgorszy był ten z Jamajki...

Kolejna propozycja nie do odrzucenia: mecz z miejscowymi. Boisko z wysoką trawą. Ciągłe opady deszczu uczyniły z murawy lodowisko. Poślizgi to była nasza specjalność. Początek meczu nie był zbyt optymistyczny. Szybko straciliśmy kilka bramek. No ale co można zrobić mając na sobie buty z płaskimi podeszwami, gdy przeciwnicy w fachowym obuwiu opierali się śliskiej nawierzchni. Ale nie jest źle. Zaczynamy zdobywać bramki. W sumie chyba 6. Niestety nikt nie pamięta ile strzelili miejscowi. Może sto, może więcej. Nieistotne. Niestety jest jedna kontuzja. Wojtek sfaulowany rozwala sobie kolano. Szpital. Rentgen. No i w finale gips. Dzielnie walczył. I wszystko byłoby pięknie gdyby nie Jamajka- osobnik w koszulce tego gorącego kraju, wyznawca ideologii życiowej Boba Marleya z dużą dozą agresji i niepoczytalności, gotowy zabić za straconą piłkę. Dzięki Bogu pacyfizm wziął górę nad nerwami. Nikomu nic się nie stało. Ale z miejscowymi to już my nie chcemy grać. Nie w tym roku bynajmniej.

To już jest koniec...

Wszystko co dobre... no właśnie. Sobota zbliżała się nieubłaganie. Czas powrotu do domu był coraz bliższy. Szkoda wracać. Fajnie było. Nowi ludzie, nowe znajomości. Pełno wspomnień. Za rok jedziemy wszyscy - co chwilę padała propozycja, któregoś z uczestników. Nie wiadomo co będzie za rok, ale może...morze. Nie sposób opisać wszystkich wydarzeń, rozmów, sytuacji. Nosimy je jednak w pamięci. Na długie zimowe wieczory, gdy przy gorącej herbacie oglądać będziemy zdjęcia, upamiętniające czas, gdy cały czas padało, a dla nas jednak świeciło słońce…

 




kontakt    
wykonanie